„Operacja Piorun”: archiwalna opinia o tempie i finale filmu

Kultura Opublikowano: Marta Zielińska to pseudonim redakcyjny zespołu. 2 min czytania
Sala kinowa — zdjęcie ilustracyjne
fot. Nathan Engel / Pexels

Komentarz zawiera spoilery. „Operacja Piorun” z 1965 roku jest czwartym filmem oficjalnej serii o Bondzie. Zachowujemy krytyczne spojrzenie archiwalnego autora, oddzielając je od informacji o fabule i obsadzie.

Pierwsze serie Bonda kręcono rok po roku. Po pierwszych trzech – całkiem udanych – filmach, przyszedł czas na odsłonę czwartą – Operację Piorun, z ang. Thunderball.

Pierwsze trzy części ogląda się jak złoto. Doktor No – wiadomo, pierwszy, przez niektórych uważany za jeden z lepszych, a już na pewno jeśli chodzi o świeżość Connery’ego. Część druga – Pozdrowienia z Rosji – kolejna świetna i wciągająca odsłona. Goldfinger – klasyk. Tutaj nawet nie trzeba zbyt wiele pisać, po prostu jeden z lepszych z całej serii. Rozpoznawalny, wciągający, charyzmatyczny.

Rok 1965 – część czwarta Jamesa Bonda. Nadal odtwórcą jego roli jest Sean Connery. Reżyserem ponownie zostaje Terence Young, który dowodził również dwiema pierwszymi częściami. Tym razem chyba jednak brakuje nieco polotu. Film nie jest zły, ale do poprzedników nie dorasta.

Largo jako przeciwnik może wydawać się mniej wyrazisty niż Goldfinger czy Dr No — to jednak ocena, nie fakt dotyczący jakości filmu. W finale Largo ginie od strzału z harpuna oddanego przez Domino, która ratuje Bonda. Nie ginie wskutek rozbicia jachtu; katastrofa jednostki jest osobnym momentem sekwencji.

Sama fabuła dość komiczna – organizacja Spectre szantażuje Brytyjczyków. Bond szuka zaginionego samolotu. Nurkuje, pływa, bajeruje. Na końcu bitwa podwodna, która po prostu przyprawia o sen.

W tej archiwalnej ocenie energia czwartej odsłony wypada słabiej niż w poprzednich filmach. Nie ma jednak podstaw, by z takiego wrażenia wyprowadzać diagnozę wypalenia aktora. Można krytykować tempo i konstrukcję scen bez dopisywania wykonawcy niepotwierdzonych motywów.

Czy to najgorsza odsłona z Seanem Connerym? Niekoniecznie, bowiem dwa lata później wychodzi „Żyje się tylko dwa razy”, które może śmiało konkurować z Thunderball o miano najgorszej części z tym aktorem.

Cóż, co za dużo, to niezdrowo. A dzisiaj narzekamy, jak kolejne części pojawiają się co kilka lat, że to za szybko. Co sądzić o tamtych czasach, kiedy tylko w latach 60 wyszło aż sześć części Bonda, z czego pięć z Connerym.

Źródła

Przeczytaj też

Teksty z tego samego działu, dobrane po wspólnych słowach.